Wybór pierwszego motocykla. Wydawać by się mogło że sprawa jest prosta biorąc pod uwagę wysycenie rynku maszynami. W dodatku każdy gdzieś ma na podorędziu przyjaciela lub często co gorsza „przyjaciela”, który będzie doradzał co początkujący adept jednośladów powinien kupić. Czasem, o ile przyjaciel jest naprawdę doświadczonym motocyklistą te rady będą bardzo dobre, jednak częściej „przyjaciel” młodego kierowcy, ma podobną liczbę w PESELu i tutaj rady mogą skończyć się tragicznie. W tym artykule nie zamierzam opisywać żadnych konkretnych maszyn. Chciałbym jedynie pokazać Wam pewien sposób myślenia, który pomoże Wam szybciej nauczyć się poprawnie i bezpiecznie jeździć….

…ale jak to nauczyć jeździć? Wydaje mi się, że przecież po kursie na prawo jazdy powinienem już umieć jeździć. Masz rację. Wydaje Ci się.

Prawda jest taka, że każdy, nawet najlepszy, najdroższy i najdłuższy kurs pod okiem instruktora nauki i techniki jazdy, nauczy Was jedynie jak poradzić sobie na egzaminie, oraz wskaże pewne punkty na które należy zwracać uwagę po odebraniu plastiku. A przecież takie kursy to niestety kropla w oceanie słabych szkół i niekompetentnych instruktorów. Niestety.

Jednak niezależnie od tego jaki kurs ukończyłeś i ile potrafił Twój instruktor, nauczysz się jeździć dopiero gdy wsiądziesz na swój własny prywatny motocykl i sam, bez nadzoru instruktora zaczniesz jeździć. Umiejętność jazdy motocyklem to coś co zostało w nas zasiane podczas najczęściej kursu na prawo jazdy, potem było przez instruktora mniej lub bardziej umiejętnie pielęgnowane i zakiełkowało wraz ze zdaniem egzaminu państwowego. Umiejętność jazdy motocyklem rośnie wraz z każdym przebytym kilometrem i każdą godziną przelanego potu na ćwiczeniach. Im więcej kilometrów zrobisz tym więcej będziesz umiała czy umiał. Ale uwaga, jest też druga strona medalu. POKORA!!! Jeżeli jesteś rozsądnym, trzeźwo myślącym człowiekiem, to zauważysz że im więcej zrobisz kilometrów, tym bardziej będziesz rozumiał jak dużo jeszcze musisz się nauczyć. Nie znam nikogo, absolutnie nikogo wśród moich znajomych motocyklistów, kto powiedziałby, że w zasadzie to on już wszystko umie.

Pokora, to jest słowo, które chciałbym aby od tego momentu tego poradnika towarzyszyło Ci drogi czytelniku czy droga czytelniczko już zawsze, poprzez kolejne artykuły aż do końca Twoich dni. Pokora, to coś co, może uratować Ci zdrowie albo nawet i życie.

Ale miałem o czymś innym pisać, więc do rzeczy.

Każda i każdy z nas decydując się na kurs na prawo jazdy ma już gdzieś w głowie plan. Plan na to, w którą stronę chciałaby czy chciałby aby potoczyła się jej lub jego przygoda z motocyklami. Jedni śnią po nocach o skórze, ćwiekach, łańcuchach (skupcie się świntuchy! ???? ) i falujących włosach spod kasku typu orzeszek (lub pełnej aerodynamice na czaszce), innym śni się pokonywanie zakrętów na kolanie leżąc przytulonym do zbiornika swojej maszyny, jeszcze inni wyobrażają sobie siebie pod grubą warstwą błota spod której można człowieka jedynie zidentyfikować po kartotece dentystycznej gdy się uśmiecha. Każdy z nas ma już przed kursem mniej więcej upatrzoną dyscyplinę w której chciałby się odnaleźć.

I dobrze, przecież marzenia są po to aby je spełniać a motocykl ma Was cieszyć i dawać olbrzymią ilość radości.

Problem jednak w tym, że zaślepieni swoimi marzeniami, kupujemy zaraz po kursie wymarzoną maszynę, kompletnie wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jest to poważny błąd, który może nas potem bardzo dużo kosztować. Od dużej ujmy na własnym ego po cenę najwyższą.

NO TO CO KUPIĆ?

Już Wam mówię. Crossa. Tak, to nie żart. Kupcie sobie na pierwszy motocykl crossa. Małego niewysilonego crossa. Nie musicie jeździć w teren i kupować do tego od razu pełnego rynsztunku terenowego. Jednak crossy mają to do siebie, że świetnie uczą techniki jazdy, wyśmienicie nauczycie się na nich w jaki sposób i kiedy motocykl się z Wami komunikuje. Crossy są przeważnie lekkie, więc będziecie mieli nad nimi większą kontrolę niż nad 250 kg bestią. Do tego crossy są zazwyczaj dość pancerne, więc wszelkiego rodzaju parkingówki czy szlify nie robią na nich większego wrażenia a pod warstwą błota i tak nikt nie zauważy. Crossy, świetnie uczą balansu i równowagi, a do tego wszystkiego można się jeszcze pouczyć o podstawach mechaniki motocyklowej, ponieważ najczęściej nie są to maszyny wysoce skomplikowane.

A CZEGO NIE KUPOWAĆ?

Sporta. Szlifierki, czy jeszcze jak tam inaczej można ten typ nazwać. Generalnie mam na myśli ścigacze. Motocykle tego typu, tak niestety uwielbiane przez ogromną rzeszę młodych kierowców, są najgorszym możliwym wyborem. I zaraz może zaczną się głosy, o czym ja mówię, że przecież ktoś sobie kupił sporta i świetnie sobie radzi, a jego koledzy jeszcze lepiej. Ok, być może tak jest. Jednak większość adeptów kursów ma bardzo słabe umiejętności i nawet jeśli są bardzo rozsądni i odpowiedzialni to będą i tak mieli olbrzymie problemy ze ścigaczem. Niestety te motocykle, niezależnie od pojemności, ale ze względu na swoją budowę, wymagają od jeźdźca dużych umiejętności, zwłaszcza skręcania. Ścig, ma zupełnie inna charakterystykę jazdy i skrętów od jakiegokolwiek innego typu motocykla, i osoby dopiero rozpoczynające jazdy będą się na nim albo bardzo męczyły, albo wspomniana przeze mnie nauka będzie trwała bardzo długo.

A skoro już wspomniałem o pojemności.

MAŁE JEST PIĘKNE…

Moim osobistym, prywatnym zdaniem, lepiej zacząć poruszanie się jednośladami od czegoś małego. Nawet 125. Nawet, a może zwłaszcza. 125 jest motocyklem lekkim (z wyjątkami ale jednak) dzięki czemu będziemy mieli nad nim większą kontrolę, zwłaszcza w nauce jazdy pomiędzy samochodami czy manewrowania na parkingu. Z drugiej strony, ta mała waga może nas nauczyć co dzieje się z motocyklem w czasie wiatru, na dziurawej drodze, ale znowu, dzięki małej wadze będziemy w stanie go opanować. Kolejny argument jest taki, że 125 są niskie (znowu, są wyjątki) dzięki czemu pewnie trzymając nogi na ziemi, nauczycie się jak manewrować w ciasnych miejscach. No i jeszcze jeden argument, który bardzo lubię, a który często jest wypominany jak wada. Wyprzedzanie stodwudziestkopiątką trzeba zaplanować trzy dni wcześniej. Ze względu na brak mocy, motocykle tego typu uczą myślenia, przewidywania, planowania sytuacji na drodze. Kombinowania kiedy warto odkręcić manetkę a kiedy nie. W dużych maszynach fakt, wyprzedzanie może trwać ułamki sekund, tyle że przy braku umiejętności technicznych i umiejętności myślenia i przewidywania, mogą to być ostatnie ułamki sekund motocyklisty.

…ALE DUŻY MOŻE WIĘCEJ!

Często można usłyszeć powiedzenie, że motocykl zaczyna się od litra (albo 100 KM). Takie też rady, bardzo często dają „przyjaciele”. Nie kupuj nic małego, po co? Przecież umiesz jeździć. Małe motocykle są dla frajerów. Ty nie dasz rady na litrze? Itd. Niestety. Jak się takie rady kończą? Myślę, że każdy wie, słyszał, czy też się spotkał.

I teraz uwaga, nie twierdzę, że nie można kategorycznie kupować wielkich i potężnych maszyn na pierwsze moto. Można, ale po pierwsze, trzeba mieć niesamowicie dużo rozumu między uszami, być cholernie odpowiedzialnym i dużo już umieć.

Problem polega na tym, że im większa i mocniejsza maszyna, tym mniej błędów kierowcy wybacza. W mojej opinii raczej nie powinien brać się za opiekę nad silnym i groźnym psem ktoś, kto ma bardzo małe pojęcie o psach.

Wystarczy, chwila nieuwagi, omsknięcie się ręki na manetce gazu, źle obliczona droga wyprzedzania i konsekwencje będą bardzo poważne.

Słynny cytat ze świata Marvela mówi: „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. I uważam, że ten cytat pasuje tutaj jak żaden inny. Jeżeli masz jakikolwiek cień wątpliwości, że mogłaby Cię ponieść fantazja, odpuść na tym etapie duży i mocny motocykl. Poczekaj, nabierz doświadczenia na czymś innym i dopiero wróć do swojego marzenia. Nikt nie każe Ci z niego całkowicie rezygnować, po prostu odłóż je trochę w czasie by móc się nim bardziej delektować w przyszłości. Ale mi zdanie ładne wyszło co? Aha i pamiętaj, że zdania typu: „Na początku nie będę jeździł szybko” lub „na początku nie będę odkręcał” są kłamstwami z samego założenia. Im większy motocykl tym większa pokusa żeby odkręcić. Zawsze. Pytanie tylko czy starcza umiejętności aby się zatrzymać?

Zdaję sobie sprawę, że sporo osób nie weźmie pod uwagę 125. Bo nie lubią, bo mają wstręt, bo się wstydzą (akurat najgorszy możliwy argument, motocykl jest dla Was a nie dla innych), bo ich gabaryty nie pozwalają na tak małe sprzęty, lub po prostu nie bo nie. Ale przecież pomiędzy dwoma skrajnościami jest cała masa szarości. Zawsze jak mantrę powtarzam, gdy ktoś mnie pyta co warto kupić na pierwszą maszynę, coś ze świętej trójcy. CB500, GS500 lub Er-5. Lub wszelkie pochodne i nowsze tej klasy. Bo jednak te wymienione przeze mnie już swoje lata mają.

Cebulę (Hondę CB500) na swój pierwszy motocykl zakupiła moja małżonka i jest z niej bardzo zadowolona. I uwierzcie, że i mnie ten sprzęt dostarcza masę radości gdy czasem się nią przejadę. Zwinny, niski, stosunkowo lekki. Naprawdę fajny sprzęt.

Klasa 500 lub 600 to naprawdę fajne maszyny na początek.

O CZYM JESZCZE PAMIĘTAĆ?

Nie kupujcie na pierwszy motocykl, tego jednego jedynego, wymarzonego, najlepszego egzemplarza. Tego wychuchanego, wymuskanego, błyszczącego się bez żadnej rysy sprzętu. W każdym środowisku istnieją pewne aforyzmy, prawdy jedyne, słowa niepodważalne. Np. w środowisku bokserskim mówi się, że nie ma ludzi odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni.

W środowisku motocyklowym, taką prawdą objawioną jest stwierdzenie, że motocykliści dzielą się na tych co leżeli i będą leżeć. I jest to fakt niezaprzeczalny, przy czym prawdopodobieństwo wywrotki parkingowej czy szlifu jest zdecydowanie większe na początku kariery motocyklisty. Naprawdę chcecie kupować wspaniały egzemplarz do nauki jazdy? Przecież zapłaczecie się jak przez zamajtanie nóżkami nad krawężnikiem dojdzie do paciaka i porysujecie Wasz skarb. Na pierwszy motocykl zdecydowanie warto kupić coś w dobrym stanie technicznym, ale jednocześnie coś czego nie będzie Wam tak bardzo żal gdy pojawi się jakaś wgniotka, a uwierzcie mi, pojawi się.

Druga rzecz o której trzeba pamiętać, to to, że przecież nie musicie zostawać przy waszym pierwszym moto do śmierci. Kupcie coś, pojeździjcie rok, dwa, nabierzcie doświadczenie na tym levelu i kupcie coś większego.

NA ZAKOŃCZENIE

Ktoś mógłby mi zarzucić, że łatwo się tak pisze. Że już parę lat jeżdżę to inaczej patrzę. Że jako instruktor jestem skrzywiony do pewnych rzeczy. A przecież jak się zrobi prawko to jest chcica żeby kupić swoje wymarzone cudeńko i jeździć.

No właśnie dlatego, że patrzę z perspektywy ośmiu już lat, napisałem ten artykuł. Uwierzcie mi lub nie, ale osobiście popełniałem dokładnie wszystkie błędy z tej listy. No może bez jednego, nie kupiłem ścigacza. Ale na swój pierwszy motocykl kupiłem Yamahę TDM850. Motocykl wielki, ciężki, wysoki, mocny, szybki. W dodatku był zadbaną i wymuskaną perełką. Co więcej początkowo miał być rozsądna Honda Transalp ale kolega mnie namówił na coś większego. Dalej, mam go od początku i nie zamierzam się z nim rozstawać.

I właśnie dlatego, doskonale wiem co napisałem w powyższym artykule.

Żeby była jasność. Pokochałem ten motocykl od momentu gdy na nim usiadłem. Jestem w nim zakochany po dziś dzień i uczucie to nie przemija. Jest wygodna, ma spory zapas mocy, przez swoją wagę jest stabilna no i jak dla mnie jest piękna.

Ale piszę to wszystko teraz, po 8 latach. A jak wyglądał nasz związek? Trzy lata zajęło mi opanowanie jako tako motocykla. Przez te pierwsze trzy lata, panicznie się go balem. Bałem się skręcać, bałem się hamować, bałem się odkręcać manetkę. Przesiadka z kursowej lekkiej YBR250 na TDM850 było jak wylanie lodowatej wody na głowę. Każdy ruch dłoni powodował nagłą reakcję maszyny, motocykl pomimo moich usilnych prób nie skręcał, a w dodatku bałem się zrobić cokolwiek.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ teraz mam świadomość, że moja przesiadka była zbyt gwałtowna. Te dwa motocykle dzieliła przepaść i straciłem trzy lata na to aby opanować strach, przestać jeździć jak na kozie i czerpać pełnię radości z jazdy motocyklem. Obecnie już czuję Tedzię, wiem jak nią kierować, jak przyspieszać i kiedy i jak hamować. Lecz nadal, nieustannie się jej uczę. Taka prawda. Minęło 8 lat i ciągle wiem, że jeszcze spora droga do pokonania przede mną abym mógł powiedzieć, że naprawdę w pełni panuję nad swoim motocyklem. Być może to przez tą pokorę? 😉

Nie twierdzę drogi czytelniku, że tak samo będzie z Tobą, że nie poradzisz sobie z litrem ścigaczem. Daj Ci Panie Boże zdrowie jak to mawiają. Piszę te artykuły aby Wam, początkującym pomóc, żebyście mieli świadomość co może Was czekać. Że być może zamiast czerpać radość pełnymi garściami z jazdy motocyklem, będziecie się bać, żeby przypadkiem go nie przewrócić i porysować. Że troska o stan Waszego cudeńka może odebrać Wam sporą część przyjemności latania. I że zamiast z radością kłaść się w zakręty i pokonywać kolejne serpentyny, będziecie je przejeżdżać na wprost i kwadratowo w obawie, że nie poradzicie sobie z masą motocykla i jego przyspieszeniem.

Być może masz już umiejętności, nie brak Ci rozsądku i jesteś bardzo odpowiedzialnym człowiekiem. Ale czy w takim razie ten artykuł był Ci do czegokolwiek potrzebny?

Napisałem swoje przemyślenia dla wszystkich tych, którzy jeszcze niewiele potrafią, aby nie popełnili błędu, który może ich kosztować sporo pieniędzy, nerwów, zdrowia albo i…… dobra tutaj już skończę. Chyba nie ma potrzeby więcej nic pisać.

Pamiętajcie bądźcie rozsądni, i bezpieczni. Motocykl ma być źródłem przyjemności i radości a nie kłopotów, nerwów i smutku.

LwG

Grzegorz Urso Branco Fita

4.6/5 - (11 {opini})